|
2005 wrzesień sierpień lipiec kwiecień marzec 2004 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec {smscontact} O mnie
Silmewen * * * Tobie prawdy nie powiem, ale za to morzu, ale wichrom lecącym w dalekie rozboje, ale mgłom, kiedy ranne zdejmują zawoje z namiętnej twarzy swiata, podobnej do mojej. |
Znów czeka nas rozłąka... Kolejne dwa dni minęły nam błogo. Przedpołudnie spędzaliśmy na zabawie z Manmirem, który coraz częściej się uśmiechał, a jednak nie odzyskał jeszcze pełni sil. Popołudniami wyruszaliśmy zaś z Ellasem na konne przejażdżki, a gwieździste, chłodne wieczory mijały nam na długich spacerach i głębokich rozmowach. Podczas tych jakże krótkich dwóch dni i nocy przekonałam się do kogo należy moje serce. Gdy mijał trzeci dzień od przybycia wojska do Imlardis, Ellas chwycił mnie za rękę, prowadził przez kilka korytarzy i po wielu stopniach schodów do ogrodu, górującego nad stromą skarpą. Usiedliśmy na ganku po tej stronie domu, która zwrócona była ku wschodowi. Cień już zalegał dolinę, ale na widnokręgu ściana gór jeszcze stała w blasku. Woda w rzece i wodospadzie pluskała głośno, powietrze pachniało nikłą wonią mokrej ziemi, budzącej się z zimowego snu. - Wiesz, że mój dom jest tam gdzie jesteś ty - patrzył mi w oczy - ale prawie wszyscy moi żołnierze pochodzą z puszczy i nie chcę przedłużać im rozłąki z rodzina. Wiem co czują, jak tęsknią. Jestem zobowiązany poprowadzić ich do domów. Jestem ich dowódcą, jestem ich księciem... - A więc znów czeka nas rozłąka... - Może nie koniecznie. Wiem, ze to dla ciebie trudne, ale proszę Cię żebyś wybrała się jutro ze mną... Nie chce znów być sam... - Nie proś mnie , proszę, o coś takiego co rozrywa moje serce na pół... Jest wiele argumentów które są przeciw mojemu wyjazdowi z Imlardis, lecz jest jeden który sprawia, że ten wyjazd staje się nie możliwy. Manmir nie ma jeszcze sił by wyruszyć w taka drogę, a przecież nie możemy go zostawić tu samego. Jesteś za niego odpowiedzialny, a więc teraz to także i mój obowiązek. - Tęsknota zagości w moim sercu ponownie.... - Widać takie karty przygotował nam los... Spędźmy więc ten wieczoru tak, aby jego wspomnienie pozwalało nam żyć w ciągu kolejnych dni rozłąki... Faktycznie chwile które wspólnie przeżyliśmy pozostaną na wieki w moim sercu, a wspomnienie o nich spowoduje uśmiech na moje twarzy nawet w najciemniejszych chwilach... Ranek minął na pakowaniu i pożegnaniach... Obiecałam, ze nie będę płakać podczas oficjalnego pożegnania przy bramie. Było mi ciężko, ale dotrzymałam słowa. W ostatnim momencie dotknął mojej twarzy jak by chciał zapamiętać wszystkie jej szczegóły i obiecał, że nim rozpoczął się uroczystości pierwszego dnia wiosny, ujrzę go ponownie. Pozostało mi tylko czekać na ten jakże radosny dzien. ![]() Silmewen 2005-09-25 09:56:20 skomentuj (9) Gdy doszłam do drzwi jego komnaty, cicho zapukałam. Mimo, że nie usłyszałam wezwania nacisnęłam na klamkę i bezszelestnie weszłam do środka. Chciałam obudzić go pocałunkiem. O dziwo łóżko było puste i nienagannie posłane. Nie wiedziałam gdzie on jest. Za oknem w nikłym świetle przedświtu drzewa stały w milczeniu. Nawet żar w jeszcze tlącym się kominku był spokojny, jak by jeszcze śpiący. Usiadłam na jego łóżku, a potem położyłam głowę na poduszce. Pachniała nim, wolnością, miłością, spokojem... Musiałam zanurzyć się w świat marzeń i zasnąć, bo gdy się obudziłam słonce mocno świeciło przez chmury na wschodzie. Obudził mnie śmiech. Ciepły jak letni powiew wiatru i czysty jak szum strumienia. Nie wyobrażacie sobie jakie to uczucie zostać obudzonym przez cudowny śmiech najdroższej nam, kochanej osoby. Ale obok śmiał się ktoś jeszcze. Śmiech ten był niepewny, lecz szczery, śmiech dziecka. Drzwi do komnaty uchyliły się i zobaczyłam długie jasne jak promienie słońca włosy i roześmiane oczy: - Dzień dobry!! myślałem, ze to mój pokój... hmmm... - śmiał się. Poderwałam się i rzuciłam mu na szyję. Pocałował mnie. - W moim domu każdy pokój jest twój - odparłam - A ty gdzie byłeś tak wcześnie? - Potrzebowałem tylko krótkiego odpoczynku. Zanim ostatnia gwiazda zeszła z kopuły nieba, poszedłem do Manmira. Patrzyłem jak śpi. ![]() Silmewen 2005-08-19 15:31:17 skomentuj (13) Jeszcze miesiąc dzielił nas od pierwszego dnia wiosny, wiec słonce nie wstawało zbyt wcześnie. Nie mogłam dłużej czekać, więc jeszcze zanim zaczęło świtać ubrałam się w nowa, fioletowa suknie i tak cichutko by nikomu nie przeszkadzać, poszłam przywitać się z moim ukochanym. Przechodząc przez niewielki holl poczułam na swoich plecach czyjś wzrok. - A si i-dhuath din u-orthor, Silmewen. - spokojnie powiedział do mnie ojciec. - U or le a uor nin. - Se sog dae.... guruth. - Se sog ninmeleth, adar... - nie rozumiałam. W oczach ojca było tyle troski. Bał się o mnie. Bał się również o niego. Że te wszystkie przeżycia, napotkana śmierć spowiją go cieniem. Ja wiedziałam, ze dzięki mojej miłości do niego nic takiego się nie stanie. Myślę, ze wiedział o tym, ale bal się, że jestem zbyt słaba, ze nie udźwignę ciężaru i, że on sprowadzi mnie na ścieżkę mroku. Ojciec pewnie zawsze tak o nim myślał, dlatego był przeciwny naszym spotkaniom. Zawsze byłam dla niego zbyt słaba. Ukrywał mnie i chronił jak najcenniejszy skarb... może takim skarbem dla niego jestem? Może on boi się, ze nie starczy mi miłości dla własnego, najukochańszego ojca. Milczał i patrzył na mnie, swoimi pięknymi oczami, które doświadczyły już tak wiele, i zdradzały mądrość pana Imlardis. - Le, im melin le, adar! - wyseptalam. - Si bado... - powiedział smutnie. - Estel am! - Adelu i ven... - Nin le adar meleth, din meleth. Im adu alassea! - Ai Silmewen.... - Nin bereth letha and a beren! - Si bado, Silmwen... - Gdy odchodził, czułam, że przed nami dłuższa, poważna rozmowa. ![]() Silmewen 2005-07-23 16:31:54 skomentuj (10) Podróż z Lorien do Imlardis miała być tylko zwyczajnym marszem, bo nasze dusze i serca były już w naszych rodzimych talanach, wśród bliskich. Czuliśmy koniec zimy, śnieg topniał powoli, lecz wiatr dmuchał jeszcze mrozem. Nie była to wiec do końca łatwa podróż. Wkraczaliśmy właśnie do przed ostatniego wąwozu, na tajnej, elfiej ścieżce, gdy poczułem, zimny powiew wiatru, jak gdyby ktoś uderzy mnie w policzek. Znałem to uczucie, przychodziło do mnie już kiedyś. Nie byłem jednak pewny czy to przeczucie grozy i niebezpieczeństwa, czy zwyczajny dreszcz spowodowany długim, wymagającym marszem. Popatrzyłam na siedzącego na moim koniu Manmira, ale jego twarz niczego nie zdradzała. Była blada, bez żadnego wyrazu, wciąż taka sama od śmierci jego ojca. Wtedy po raz kolejny poczułem to mroźne uderzenie, popatrzyłam Manmirowi w oczy, a w ich bladej toni, ujrzałem odbicie lecącej strzały. Zaatakowało nas nie liczna, ale dobrze uzbrojona grupa goblinów, śledząca nas jak się okazało już od wschodu zamglonego słońca. Nikt z nas nie wyczul tropiącego nas wroga, jak wspominałem, wszyscy byli już myślami w domach. Walka nie okazała się łatwa, jak się przekonałaś, ponieśliśmy ofiary i mamy wielu rannych. Gobliny okrążywszy nas, atakowały z każdej strony. Wtedy rozegrała się właśnie ta straszna scena, która jest kluczem do wyjaśnienia ci, rany Manmira, a także mojej wdzięczności dla niego. Oddział goblinow był dwukrotnie liczniejszy od mojej kompani. Odpierałem ataki, walczyłem mieczem, strzelałem z luku. Niedobitki goblinow zaczęły uciekać. Starałem się strzelać w uciekających, a zarazem z niedowierzaniem patrzeć na to, że w całej tej okrutnej wyprawie strąciłem kolejnych przyjaciół. Wtedy podbiegł do mnie zapłakany Manmir, uchwycił się mocno mojej nogi, nie chciał puścić. Płakał, starałem się go uspokoić. Usłyszałem wtedy glos jednego z konających elfów, jednak gdy uwolniłem się od dziecięcego, przerażonego chwytu Manmira, było już za późno. Przymknąłem przyjacielowi martwe powieki. I klęcząc zmawiałem modlitwę, by odszedł w pokoju do światła. Wtedy właśnie jak gdyby czas sie zatrzymał, wszystko działo sie w spowolnieniu. Słyszałem tylko głuchy odgłos ziemi, pod stopami Manmira, jego krzyk, bicie jego serca i w oddali świst strzały. Zobaczyłem, jak chłopiec rzuca sie przede mnie, a strzała rozrywa jrgo płaszcz i dziecięcą pierś. Strzałą wystrzelona przez goblinskiego niedobitka, przeznaczona dla mnie ugodziła go tworząc okropna ranę. W ten sposób Manmir uratował mi życie. Dalsza część wydażen juz znasz. A ja nigdy nie zapomnę Twojego widoki, gdy przyjechałaś ratować mojego wybawiciela. Sala była juz zupełnie pusta. Gdy skończył opowiadać uśmiechnęłam sie lekko. A on pocałował mnie w czoło jak by na potwierdzenie swoich ostatnich słów. - Dzisiejszy dzień był dla mnie niezwykle szczęśliwy, ale też męczący. Musze odpocząć. Jest noc więc twój ojciec chyba nie był by zadowolony gdybym zaprosił Cię do swojej komnaty. - Uśmiechnął sie. - Może się stać że światło gwiazd zaświeci nad tobą, jeszcze tej nocy. - Odparłam z uśmiechem. Wstałam i powoli odeszłam w stronę sypialni. On odprowadził mnie wzrokiem, a gdy upewnił się, ze jestem bezpieczna w komnacie, odszedł do siebie. ![]() Silmewen 2005-07-11 18:47:54 skomentuj (6) Już nie cierpisz Ojcze... ::: A teraz starajmy sie życ tak jak On nas uczył::: ![]() Silmewen 2005-04-03 13:20:02 skomentuj (9) NA POCZATEK WITAM BARDZO GORĄCO.. JEJU JAK JA SIE ZA WAMI WSZYSTKIMI ZTESKNILAM..;( WIEC CHCIAŁAM WAS BAAARDZO PRZEPROSIAC, ŻE ZNIKNELAM TAK NA PRAWIE ROK... JEST MI Z TEGO POWODU BARDZO WSTYD I ZDAJE SOBIE Z TEGO SPRAWE, Ż MOGLIŚCIE O MNIE JUZ ZAPOMNIEĆ... DZIEKUJE WSZYSTKIM TYM CO WIERZYLI WE MNIE I PODTRZYMYWALI NA DUCHU :* ZDAJE SOBIE RÓWNIERZ SPRAWE, ZE MAM OGROMNE ZALEGŁOSCI I TRUDNO BĘDZIE JE TAK ODRAZU NADROBIC, ALE OBIECUJE, ZE BEDE SIE STARAC... MUSZE SIE WYTŁUMACZYC DLACZEGO MNIE NIE BYLO TYLE CZASU... WIEC MAM BARDZO DUZO PRACY OSTATNIMI CZASAMI... ZA MIESIĄC EGZAMIN... UWIEŻCIE, ZE JEST MI NAPRAWDE CIEŻKO... MAM NADZIEJE, ŻE WYBACZYCIE MI CALĄ TA MOJA NIEOBECNOSĆ I TO, ZE TAK NAPRAWDE ZACZNE ROZPISYWAC SIE NA MAXA DOPIERO PO 27 KWIETNIA... KOCHAM WAS BARDZO MOCNO, ZOSTANCIE ZE MNĄ I PZREDEWSZYSTKIM TRZYMAJCIE KCIUKI, ZEBY WSZYSTKO SIE JAKOS ULOZYŁO... AM MELETH DIN!! NAMARIE ![]() Silmewen 2005-03-23 17:37:03 skomentuj (8) *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** "Mała powiedziała: - A kiedy już nas nie będzie, czy w dalszym ciągu będziesz mnie kochał, czy miłość przetrwa? Duży przytulił Małą i spoglądając w noc, na księżyc w ciemnościach i jasno świecące gwiazdy. - Mała, spujrz na gwiazdy, jak świecą i płoną, a niektóre z nich zgasły już dawno temu. Mimo to wciąż błyszczą na wieczornym niebie. bo widzisz, Mała, miłość jest jak ŚWIATŁO GWIAZD - nie umiera nigdy......." Debi Gliori "No Matter What" ![]() Silmewen 2004-09-26 11:24:21 skomentuj (20) |
Bliscy sercu Ukochana Haldira Piękne krainy Armena Gejda :* O Elbereth A Gilthoniel... Amistat - rodzimy blog ;) Mądre słowa... Mieszkanka Imlardis |